Traktują Racibórz jak śmietnik
Śmieci wracają jak bumerang, mimo likwidowania ich przez służby miejskie.
Problem dzikich wysypisk narasta lawinowo, a miasto wydaje coraz to większe sumy na ich usuwanie. Niektóre miejsca cieszą się szczególną popularnością wśród amatorów zaśmiecania. Przykładem takim jest ul. Opawska wzdłuż rowu melioracyjnego D11. Po usunięciu zanieczyszczeń służby postawiły tam tablicę informacyjną, pod którą wkrótce pojawiła się kupa gruzu. Inne tereny upatrzone na pozbywanie się odpadów za friko to chociażby ul. Folwarczna czy las Obora od strony Markowic. Na nic się zdaje bieżące porządkowanie, śmieci wracają jak bumerang.
- To nie są nasze miejskie śmieci - uważa zastępca prezydenta Wojciech Krzyżek. Jego zdaniem za taki stan rzeczy w przeważającej mierze odpowiedzialni są mieszkańcy innych miejscowości, którzy np. w drodze do pracy pozbywają się dyskretnie odpadów w przydrożnych rowach czy lasach. - Jadą do miasta i zostawiają śmieci - przytaknął szef komisji gospodarki miejskiej Henryk Majnusz.
Jest jednak nadzieja, że niedługo niecny proceder się skończy. Szansy na poprawę sytuacji kierująca miejskim wydziałem ochrony środowiska Zdzisława Sośnierz upatruje w nowych przepisach o gospodarce odpadami. Od lipca 2013, kiedy to wejdą w życie, problem powinien się rozwiązać. Po prostu nowy system jest tak skonstruowany, że czy wyrzuci się śmieci do swojego kubła czy do rowu, przy sztywnej stawce ustalonej za odbiór zapłaci się tyle samo. Podrzucanie przestanie być sposobem na oszczędność.
/ps/

Czytaj pełne wydanie



