Miasto nie rzuci się jak głodne psy na tereny zielone
Nigdy nie planowaliśmy likwidacji ogródków, nawet tych w centrum - zapewnia prezydent Lenk.
Działkowcy protestują, bo obawiają się utraty swoich działek i podniesienia opłat za korzystanie z nich. Do protestu przyłączyli się raciborzanie, którzy w obronie ogródków napisali list do Ewy Kopacz. 28 czerwca Trybunał Konstytucyjny miał wydać werdykt w sprawie wniosku Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Lecha Gardockiego, który zażądał uchylenia ustawy o rodzinnych ogrodach działkowych. Do tego czasu trwał protest. W Raciborzu objawiał się m.in. wywieszeniem transparentów przy wejściach do poszczególnych ogródków. Jaką decyzję podejmie trybunał, póki co nie wiadomo, gdyż termin rozstrzygnięcia został przełożony na 11 lipca.
Bez względu na werdykt trybunału, raciborscy działkowicze nie mają się co bać. Racibórz nie planuje zamachu na ich miejsce rekreacji. - Miasto nie rzuci się jak głodne psy na tereny zielone. My nie mamy w tej chwili żadnych planów, które zmierzałyby do przejmowania działek, nawet jeśli zmieni się regulacja prawna - uspokaja prezydent, dodając, iż Racibórz jest zielonym miastem, ale nie aż tak, by pozbawiać się ogrodów działkowych.
Zdaniem prezydenta konflikt jest nieco rozdmuchany, gdyż związki działkowiczów straszą komunalizacją ich terenów i przeznaczeniem pod inwestycje. Jedyne co grozi właścicielom ogródków w przypadku niekorzystnego dla nich rozwiązania, to niewielka opłata na rzecz gminy. Tą prezydent dla przeciętnej wielkości działki szacuje na ok. 130 zł rocznie.
Paweł Strzelczyk




