Spis powszechny a śląska sprawa
Autonomia Śląska - szansa dla regionu czy powód do wojny polsko-polskiej?
Nadchodzący spis powszechny po raz pierwszy pozwoli bez przeszkód zadeklarować narodowość śląską. Dla jednych jest to powód do niepokoju o niepodzielność kraju, a dla innych będzie to świetna okazja, aby dokonać politycznego i narodowego coming-outu. W 2002 r. Narodowy Spis Powszechny ujawnił, że narodowość śląską zadeklarowało 173 153 osób. Jednakże spis przewidywał wybór narodowości spośród 14 określonych w Ustawie o Mniejszościach Narodowych, dlatego zdarzało się, że rachmistrze nie wpisywali narodowości śląskiej, tłumacząc się, że taka oficjalnie nie istnieje. Zdaniem przedstawicieli Ruchu Autonomii Śląska miało to spowodować zaniżenie wyników. Tegoroczny spis, zaczynający się 1 kwietnia, umożliwi zadeklarowanie (w rubryce „inne”) dowolnej narodowości, także śląskiej, co ma pokazać, ile rzeczywiście osób uznaje się za przedstawicieli narodu śląskiego. - Oceniam, że łączna liczba deklaracji narodowości śląskiej będzie nawet trzy razy wyższa niż w 2002 r. - przewiduje dr Jerzy Gorzelik, szef RAŚ i członek zarządu samorządu województwa śląskiego.
Warto w tym miejscu przytoczyć wyniki ostatniego spisu dla powiatu raciborskiego. Narodowość śląską zadeklarowało ogółem 6451 osób (wobec 8550 deklaracji narodowości niemieckiej). Jeśli jest prawdą, że – jak twierdzi Gorzelik - liczba Ślązaków ujawnionych w spisie z 2002 roku jest kilkakrotnie zaniżona, to możemy przypuszczać, że w naszym powiecie jest co najmniej kilkanaście tysięcy osób narodowości śląskiej. Może być to licząca się siła polityczna. Na razie jednak RAŚ nie usadowił się na raciborskiej scenie politycznej.
W związku z nowymi zasadami spisu, na alarm zaczął bić PIS. W zapytaniu skierowanym do Głównego Urzędu Statystycznego, organizatora spisu, szef klubu parlamentarnego PiS Mariusz Błaszczak stwierdza: - Nie można deklarować przynależności do narodu, który nie istnieje. W związku z powyższym, na jakiej podstawie prawnej GUS dopuszcza, aby w ankiecie znalazła się ewentualna odpowiedź o przynależności np. do narodu śląskiego? Jerzy Gorzelik odpowiada na to: - Byli w historii tacy, którzy usiłowali unicestwić całe narody. Pan Błaszczak usiłuje to robić, całe szczęście, wyłącznie słowem. Ale i jemu się nie uda.
Poproszony przez nas o komentarz Tomasz Kusy, związany z PIS-em radny miejski, powiedział: - Uważam, że jeśli ktoś czuje się Ślązakiem, to powinien mieć prawo zadeklarować to w spisie. Inna sprawa, czy naród śląski rzeczywiście istnieje, chociaż szanuję tych, którzy taką deklarację składają.
W podobnym tonie wypowiada się Ryszard Frączek: - Spis powszechny gdzie każdy może zadeklarować swoją przynależność jest rzeczą oczywistą. Nosimy w sobie głęboko pragnienie do określenia swoich korzeni, kultury i tradycji. Jeżeli ktoś czuje, że jest Ślązakiem to prawo ma być tak skonstruowane, aby mu umożliwić bycie Ślązakiem. Ale też trzeba uważać, na czyhające tu niebezpieczeństwo, by nie wykorzystano postawy określenia swej tożsamości w kierunku rozbudzenia demonów przeszłości. Abyśmy nie musieli żyć w bojaźni, że „ja nie jestem stąd” - przestrzega Frączek.
Przypomnijmy: Ustawa o Narodowym Spisie Powszechnym 2011 mówi, że narodowość jest "Deklaratywną, opartą na subiektywnym odczuciu, indywidualną cechą każdego człowieka, wyrażającą jego związek emocjonalny, kulturowy lub związany z pochodzeniem rodziców, określonym narodem lub wspólnotą etniczną". Zatem deklaracja narodowościowa nie musi odwoływać się do niczego więcej, poza subiektywnym odczuciem każdego człowieka i nie wymaga autoryzacji w oparciu o jakiekolwiek akty prawne. Na pewno nie ułatwia to sprawy – trudno bowiem znaleźć obiektywne kryteria przynależności narodowej. Sam Gorzelik powiedział, że nie ma sprzeczności w podwójnej identyfikacji, a więc obok śląskiej, także śląsko-polskiej czy śląsko-niemieckiej. Jednakże należy pamiętać, że tego typu myślenie może być trudne do przyjęcia w innych regionach Polski.
W Unii Europejskiej nie można nikomu odmówić prawa do samoidentyfikacji narodowej i domagania się z tego tytułu podmiotowego traktowania, szczególnie, gdy są po temu poważne przesłanki historyczne i socjologiczne. Można spierać się, czy przesłanki te są wystarczające, niemniej nie można ich bagatelizować. Szczególne historyczne doświadczenie Śląska bywa często trudne do zrozumienia dla ludzi spoza naszego regionu. Być może z tego wynika pomawianie RAŚ-u o dążenia separatystyczne, straszenie opinii publicznej „polskim Kosowem” i widmem wojny domowej.
No bo czemu w końcu ma służyć autonomia? - Autonomia opłaci się wszystkim mieszkańcom regionu, bowiem tylko my znamy nasze problemy od podszewki i mamy dość determinacji, by je rozwiązywać. Nasz region zyska na wyrazistości, a my wypracujemy sobie opinię ludzi o silnej tożsamości, a przez to twardych graczy, którzy potrafią dbać o swoje i z którymi trzeba się liczyć - przekonuje Gorzelik.
Z drugiej strony niektóre wypowiedzi szefa RAŚ-u są mocne w wymowie: "Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem. Państwo zwane Rzeczpospolita Polska, którego jestem obywatelem, odmówiło mi i moim kolegom prawa do samookreślenia i dlatego nie czuje się zobowiązany do lojalności wobec tego państwa". Niepokój niektórych może budzić również fakt wchodzenia autonomistów w alianse z mniejszością niemiecką podczas zeszłorocznych wyborów samorządowych. Wobec tego trudno się dziwić, że dla wielu RAŚ to rosnące w siłę zagrożenie dla polskiej racji stanu, całości terytorialnej oraz interesu narodowego. Dodajmy – polskiego interesu narodowego z którym, zdaniem przeciwników RAŚ-u, takich jak Ludwik Dorn, autonomiści śląscy się nie identyfikują. Można zatem przypuszczać, że przewidywane wzmocnienie pozycji politycznej RAŚ-u wywoła – delikatnie mówiąc - niechętne komentarze odwołujące się do antyniemieckich fobii i uprzedzeń.
W czasach PRL często odwoływano się do powstań śląskich, jako dowodu przywiązania Ślązaków do polskości. Jednak ta propagandowa wizja Śląska, który od zawsze tęsknił za Polską, jest nie do końca prawdziwa. Jak zauważył Kazimierz Kutz, i Niemcy, i Polska chciały naturalizować Ślązaków. „Doszło do tego, że na Śląsku nie można było być Ślązakiem - można było się określić właściwie albo jako Polak, albo jako Niemiec. Tak zostało właściwie do dziś” - powiedział popierający RAŚ reżyser. W czasach plebiscytów i powstań wybór za Polską, czy za Niemcami wcale nie musiał wynikać z deklaracji narodowej. Głosowanie za Niemcami często było przejawem chęci dalszego przynależenia do lepiej zarządzanego organizmu państwowego, który dobrze się sprawdzał w przeszłości. Nowo powstałe państwo polskie było dla wielu praktycznych Ślązaków wielką niewiadomą, eksperymentem budowanym w dużej mierze na obietnicach bez pokrycia, czego echa tego docierają aż do naszych czasów. Nie jest przecież odkryciem fakt, że wielu Ślązaków odczuwa pewną nieufność względem centrali (Warszawy) – przez dziesięciolecia trwała eksploatacja Śląska, który nie zawsze odbierał za to odpowiednią zapłatę. "Przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby małpie dać zegarek" – są to znane słowa premiera Wlk. Brytanii Davida Lloyd Georga, wypowiedziane podczas traktatu wersalskiego obradującego nad przyszłością Górnego Śląska. W nawiązaniu do tych słów przewodniczący RAŚ dr Jerzy Gorzelik stwierdził: "Po 80 latach, widać, że małpa zegarek zepsuła". Wypowiedź ta z całą pewnością opisuje stosunek wielu Ślązaków do efektów polskiego gospodarzenia na Śląsku. Dlatego postulowany przez RAŚ program autonomii gospodarczej może spotkać się z przychylnym przyjęciem. Gniew górników pod Sejmem jest wymownym przykładem siły śląskiego resentymentu i poczucia krzywdy. Nie ulega wątpliwości, że RAŚ próbuje nadać tej sile wymiar polityczny.
Wśród krytyków RAŚ zasłyszeć można takie głosy: jeśli damy autonomię Ślązakom, to stworzy to niebezpieczny precedens, który zechcą wykorzystać Górale i Kaszubi. Ci ostatni wywalczyli sobie uznanie swojego języka za język regionalny: mają dwujęzyczne tablice, naukę kaszubskiego w szkołach itd. Nie przeszkadza to większości Kaszubów w pełnej identyfikacji z Polską. Spotyka się też argument, że gdy Ślązacy wywalczą uznanie swego języka i narodowości, to ich drogą pójdą zaraz Górale. Jednak, chcąc trzymać się faktów, a nie fobii, należy uprzytomnić sobie, że wśród Górali nie ma takich tendencji: posługują się gwarą, ale sami nie uważają się za odrębny od Polaków naród. Na Podhalu pamięta się za to, że próby stworzenia przez nazistów Goralenvolk spełzły na niczym, przy okazji kompromitując tych wszystkich, którzy próbowali odłączyć Górali od polskości.
Jak widać, dla wielu już samo istnienie narodowości śląskiej, odmiennej od polskiej, niemieckiej czy czeskiej, poddawane jest w wątpliwość. Podobnie rzecz się ma ze statusem języka śląskiego, który raz awansuje do rangi pełnoprawnego języka, jak tego chcą autonomiści, raz spada do ligi gwar i dialektów, a więc tworu drugorzędnego względem literackiej polszczyzny. Tymczasem narodowa samoidentyfikacja Ślązaków jako narodu, bazuje mocno na przekonaniu, że jednym z elementów tej odrębności jest język śląski – śląszczyzna, zwana również językiem ślązackim. Językoznawcy w większości są przeciwni uznaniu śląszczyzny za język. Taka jest też opinia m.in. prof. Jana Miodka, skądinąd tarnogórzanina z urodzenia (wysłuchaj felietonu). Jednak trudno się autonomistom dziwić, że pragną uznania dla swego języka. Jest naród – jest i jego język. To zapewne także sprawa prestiżu. Warto jednak zauważyć, że śląszczyzna, której wielu się wstydziło, obecnie wyszła ze swoistego językowego getta. Przez lata mówienie „po śląsku” znamionowało brak wykształcenia i kojarzyło się z prostym ludem. Ślązak chcący zrobić karierę poza regionem musiał pozbyć się tego wstydliwego bagażu, jakim było „godanie”.
Obecnie śląszczyzna wyszła z cienia, o czym świadczy jej obecność w mediach, i to nie jako folklorystyczna ciekawostka, ale jako jak najbardziej naturalny dla Ślązaków sposób komunikowania się. Dzisiaj śląszczyzna już nie jest obciachem, wręcz przeciwnie, „godanie” może być powodem do dumy, podkreśleniem własnej odrębności i braku narodowych kompleksów. A przecież jeszcze całkiem niedawno w szkołach poloniści niemiłosiernie tępili „gwarzenie”. Problemem jest to, że śląski nie ma jeszcze wymiaru literackiego, a przynajmniej jest on bardzo skromny. Wiele elementów śląskiego, który znajdziemy np. u Morcinka, to stylizacja oparta na swoistym wrzucaniu do jednego worka różnych odmian śląszczyzny. Tymczasem wiadomo, i jest to ważny argument, że odmian tego języka (czy też gwary) jest wiele, a zatem potrzebna jest jakaś kodyfikacja, unifikacja, aby osiągnąć pewien standard literacki. Zadania tego podjęło się już towarzystwo Pro Loquela Silesiana.
Jednak, jak wskazują językoznawcy, stworzenie standardu literackiego śląszczyzny dać może twór sztuczny, który mając zadowolić wszystkich – nie zadowoli nikogo. Języki stworzone przez językoznawców rzadko stają się żywe: aby język żył i rozwijał się – musi istnieć baza jego użytkowników, którzy mają potrzebę posługiwania się nim na co dzień, a nie okazyjnie, od święta. Muszą oni również pisać w tym języku - tymczasem Ślązakom wystarczał od pokoleń język mówiony.
Czy zatem rzeczywiście istnieje potrzeba wprowadzania śląskiego do urzędów, gazet i szkół, skoro polszczyzna literacka jest powszechnie rozumiana na Śląsku? Czy może chodzi o swoisty symbol odrębności: "Iż Ślonzoki nie Poloki i swoja godka majom?".
Leszek Pietrzkiewicz




